Dookoła Jeziora Śniardwy
Piątek, 1 maja 2020
| km: | 100.07 | km teren: | 0.00 |
| czas: | 07:05 | km/h: | 14.13 |
Wypad z cyklu "nieplanowane, ale przygotowane". No bo na ciekawą przygodę zawsze jestem przygotowany :)
Troszkę tytułem wstępu:
Przygoda teoretycznie nie miała być przygodą, tylko innym miejscem wykonywania pracy zdalnej. Tak, dwa tygodnie tego typu pracy w Warszawie mogło z czasem okazać się nużące (chociaż sama praca zdalna, pomimo tego, że się przed nią wcześniej broniłem rękami i nogami okazała się całkiem znośna, a co najważniejsze bardziej efektywna, niż mi się mogło wydawać).
Na szczęście z rutyny wybawiła nas (tzn. mnie i Dorotkę) Koleżanka z Pracy - Agnieszka. Jej Rodzice jakiś czas temu wybudowali dom na Mazurach i w tym właśnie domu, zlokalizowanym w Wejsunach, kilka kilometrów od Rucianego - Nida zaproponowała nam kontynuację pracy zdalnej.
Pierwszy rzut oka na Mapę i od razu rzuciła się w oczy obecność największego jeziora w Polsce - Jeziora Śniardwy. Szczerze mówiąc, kiedy tylko uświadomiłem sobie że tak blisko mamy aż taką atrakcję - to już wiedziałem, że musimy to objechać :). Oczywiście, wiadomo było, że zwiedzimy niejedno miejsce, ale to miało być danie główne całej wyprawy. W linii prostej mieliśmy do niego zaledwie kilka kilometrów :).
Z takim nastawieniem (i z lekkimi obawami o zasięg, niezbędny do komfortowej pracy zdalnej) spakowaliśmy do samochodu rowery i w sobotę, 25 kwietnia pojechaliśmy do Wejsun. Na miejscu okazało się, że domek, w którym mieliśmy mieszkać to kawał porządnej i bardzo dobrze wyposażonej hacjendy, a zasięg LTE był taki, że można było smażyć jajka bez użycia patelni i kuchenki ;). Jednym słowem wszystko przerosło nasze oczekiwania.

Plan był taki, aby w dni robocze pracować, a czas na tygodniu po pracy (oraz w dni wolne) spędzać na rowerze i zwiedzać okolicę. Tak też czyniliśmy, a w wycieczkach rowerowych niejednokrotnie uczestniczyła nawet nasza Koleżanka Agnieszka (miała w szopie kilka rowerów typu "koza", ale dawała dzielnie radę, a na "kozie" sam regularnie jeździłem do pobliskiego sklepu na zakupy). W ten sposób udało się objechać kawał okolicy, gdyż pogoda dopisała (jeden dzień tylko padało i było zimno). Wycieczek było więc sporo, ale wróćmy do tej najważniejszej.
Dookoła Jeziora
Objazd Jeziora Śniardwy zaplanowaliśmy na piątek, 1 maja. Miało teoretycznie nie padać i temperatura też miała być w sam raz do jazdy.
Ponieważ nie wiadomo było do końca jak będzie wyglądała trasa, ciężko było oszacować czas przejazdu. Podczas wcześniejszych wyjazdów (np. dwa dni wcześniej dookoła Jeziora Nidzkiego) trafiały się piachy, które mocno spowalniały jazdę. W związku z tym na wszelki wypadek zawsze preferuję wcześniejszy start, żeby mieć ewentualny zapas czasu (Dorotka woli raczej dłużej pospać, ale przeważnie udaje mi się Ją przekonać do moich koncepcji ;).
Ustawiliśmy sobie budzik na 7.00 i o 8.23 wyjechaliśmy z Wejsun (nie mam aż takiej pamięci do godzin wyjazdów, ale Strava, przy pomocy której rejestrowałem przejazd już tak :). Kierunek - na początek wschód. Trasę ściągnąłem sobie stąd:
https://rowery.trojmiasto.pl/100owka-dookola-jeziora-Sniardwy-n126078.html
po czym wgrałem sobie plik *.gpx na zainstalowanego w smartfonie Locusa Pro i starałem się jej trzymać, chociaż nie do końca, z uwagi na to, że wcześniej byliśmy w niektórych miejscach blisko nas, więc te akurat tego dnia odpuściliśmy. Należy do nich miejscowość Niedźwiedzi Róg, który swoją drogą polecam do odwiedzenia.
Początkowo było pochmurno i troszkę rześko, ale w miarę żwawa jazda sprawiła, że Dorota zaczęła szybko wyskakiwać z części garderoby. Po drodze mijaliśmy masę żurawi i innego ptactwa, sarny, jelonki, raz się trafił łoś... zwierzęta chyba trochę ośmielone tym, że do niedawna mało kto chodził po lesie. Ale niestety, zanim wymontowałem telefon z uchwytu, aby zrobić im zdjęcie, znikały.
Tego dnia prognozy zapowiadały wiatr południowo - wschodni, wiejący z prędkością 20 - 25 km/h, czyli w pierwszej fazie jazdy miał być to całkiem zdrowy "wmordewind". Na początek trasa wiodła przez las, więc uciążliwość wiatru była mało odczuwalna. Pierwsze kilometry to przyjemna leśna droga, wzdłuż której drzewa dopiero zaczynały się pokrywać świeżą, wiosenną zielenią. Widok niezwykle przyjemny i kojący wzrok, a także bardzo mocno zachęcający do dalszej jazdy.

Po przebyciu lasu dotarliśmy do pierwszego na trasie punktu, w którym można było zobaczyć Jezioro, ale nie Śniardwy, tylko Seksty. Dojechaliśmy do miejsca oznaczonego na mapie mianem "Binduga Młyńska". Było to pole biwakowe, które normalnie tętniłoby życiem (był to w końcu długi weekend), ale jak wiemy, tej wiosny wszystko jest nie tak, jak bywało wcześniej. Z uwagi na obostrzenia w ramach walki z koronawirusem pozamykane były hotele i pensjonaty, więc turystów było niewielu. W tym jednak miejscu były już samochody campingowe i kilka osób próbowało coś z tego weekendu wycisnąć. Koło pomostu cumowała nawet żaglówka.

A my jedziemy dalej. Wykręcamy na południe, gdzie w osadzie o nazwie Kierzek mijamy grób żołnierza z czasów I Wojny Światowej, po czym kierujemy się na miejscowość Karwik, gdzie kilka dni wcześniej oglądaliśmy Śluzę na kanale Jeglińskim. Tym razem ją odpuściliśmy, ale warto zajrzeć.
Kolejne kilometry to już asfalt. Na dodatek wyjeżdżamy na dłużej z lasu i tracimy osłonę w postaci drzew. Wieje mocno w twarz, ale wiemy, że niedługo to się zmieni.
Najpierw dojeżdżamy do międzystanówki (Droga Krajowa nr 63) po to, aby w Sczechach Wielkich skręcić na Zdory. Tam asfalt się skończył i znów jazda po polnej drodze. Trochę piaszczystej, ale do przejechania. Za Zdorami, jadąc w kierunku miejscowości Kwik odbiliśmy na Wysoki Brzeg. Było to jedno z najciekawszych widokowo miejsc na całej trasie. Brzeg tam był rzeczywiście wysoki - kilkumetrowa skarpa, z której spomiędzy drzew rozciągał się piękny widok na całe Jezioro Śniardwy! Koniecznie trzeba tam skręcić.
W normalny długi weekend byłyby tam zapewne tłumy spacerowiczów i wielbicieli grilla. Tym razem byliśmy tylko we dwoje.
Kiedy tam dotarliśmy, zza chmur wyszło Słońce, które już nie chowało się do końca dnia. Idealnie, w samą porę!



Dalej w kierunku Kwika zastaliśmy drogę piaszczystą, przeoraną jak nie gąsienicami, to oponami traktorowymi, po której jazda nie była zbyt przyjemna, a na dodatek ktoś wpadł na pomysł, aby postawić znak ograniczający prędkość do 30 km/h! Wyobrażam sobie zawieszenia osobówek, którymi kierowcy rozpędzają się do prędkości większej, niż 20 km/h :).
Potem znów droga terenowa wzdłuż Jeziora, ale dostęp do brzegu był trudny, bo mocno zarośnięty. Po drodze spotkaliśmy pierwszego turystę na rowerze. To chyba najlepszy obraz pustki, jaka panowała w tej okolicy z uwagi na pandemię.
Po tym odcinku znów czekał nas kawałek asfaltem. Przejechaliśmy przez miejscowość Guty, dość długo się ciągnącą i leżącą przy samym Jeziorze. Po drodze mijaliśmy plaże, ośrodki, ale wszędzie wrażenie, jakby to nie był maj, a późny wrzesień - bardzo mało ludzi. Ale widoki na Jezioro piękne. Przy okazji ciekawie wyglądający hotel, lub pensjonat (zdjęcie poniżej).


Dalej znów asfaltem, aż do najbardziej wysuniętego na wschód punktu Jeziora Śniardwy. Mijamy ten punkt i następuje zmiana kierunku jazdy do kierunku wiejącego wiatru. Robi się cichutko i cieplutko :).

W Okartowie mijamy nieczynny most kolejowy, po czym w Wężewie zjeżdżamy z drogi asfaltowej, najpierw na gorszy asfalt a potem na drogę szutrową, która zamienia się w drogę polną. Droga troszkę faluje, są lekkie podjazdy i zjazdy, całość bardzo przyjemna. Z czasem droga robi się coraz mniej wyraźna, aby przez krótką chwilę zniknąć całkowicie, ale troszkę na azymut, przez jakieś krzaczory udaje się złapać jej dalszy ciąg. Kolejny cel - Siwy Róg. Miejscowość, jak wiele innych, tzw. "poniemieckich" częściowo mocno zapuszczona, ale musi być chyba mekką kitesurfingowców. Kilku było, kilku nawet pływało. Fajny sport. Zrobiliśmy sobie tam krótką przerwę, bo przyjemnie było na to popatrzeć.



Po chwili postoju pojechaliśmy dalej w kierunku zachodnim. Droga wiodła najpierw koło Jeziora Tuchlin jakimś koszmarnym, nie remontowanym chyba od czasów wojny asfaltem a potem przez pola, aby poprowadzić do lasu, w którym po drodze mijamy Rezerwat Czapliniec. Jakieś dwa - trzy kilometry do miejscowości Łukajno to już odcinek rozpadającej się drogi z kamieni, która też pamięta lepsze czasy. Na szczęście oponki terenowe o rozmiarze 29X2.2 dają radę.
W miejscowości można wejść na wieżę widokową, aby móc popatrzeć na rezerwat nad jeziorem o tej samej nazwie. Jest też widok na Śniardwy, ale dojście do niego jest zamknięte (wiedzie przez jakiś nieczynny ze wspomnianych powodów ośrodek). Kiedy wyjeżdżamy, na środku drogi trafiamy na przeciągającego się leniwie koteczka :)


Kolejny cel - Mikołajki. Droga wiedzie znów przez las - bardzo przyjemny odcinek. Potem las się kończy, ale po drodze mijamy pole pokryte mleczami - super widoczki.


Do Mikołajek wjeżdżamy od strony wschodniej bulwarem, który jest jednym wielkim placem budowy. Czasem trzeba przejechać przez masę piasku, czasem przez wysokie krawężniki, ale wygląda na to, że już wkrótce budowa się skończy i miejsce będzie fajnie wyglądało. Ludzi tradycyjnie już garstka, tak samo jak i niewiele żaglówek na nabrzeżu.


Po drodze szukamy miejsca, gdzie można byłoby napić się kawy, Znajdujemy lokal "Bart", gdzie można zamówić wszystko, ale na wynos. Obsługa przeprasza, mówiąc, że chętnie pozwoliliby na wypicie kawy, ale boją się 'życzliwych", którzy z pewnością niezwłocznie doniosą. Zamawiamy dwie kawki na wynos i kierujemy się na drugą stronę zatoki, na miejską plażę w celu wypicia kupionego wcześniej piwa regionalnego (jednego na dwoje :). Na plaży tradycyjnie - jesteśmy jedynymi osobami.


Po wypiciu piwka i posileniu się kanapkami oraz batonami jedziemy zachodnią stroną zatoki w kierunku promu do Wierzby. Planowaliśmy skrócić trasę pokonując cieśninę pomiędzy jeziorami Mikołajskimi i Bełdany promem, który wg informacji zamieszczonej przez władze lokalne ma kursować od pierwszego maja. Jak się na miejscu okazało kursuje owszem, od pierwszego, ale czerwca. Taka ciekawostka, gdyby ktoś się wybierał :)

Brak promu sprawił, że kontynuowaliśmy jazdę wzdłuż Bełdan na południowy zachód. Trasa na szczęście z nawiązką rekompensowała fakt, iż prom nie działał. Wiodła najpierw skarpą nad Jeziorem Bełdany, z której rozciągały się fajne widoki, poprzez Iznotę, gdzie można było popatrzeć na piękną rzekę Krutynię, mekkę kajakarzy. Jednym słowem, nie było powodów do narzekania, że doszło kilkanaście kilometrów. Po drodze mieliśmy jeszcze piękne widoki na Bełdany na jednym z miejsc biwakowych oraz w miejscowości Gąsior.



Ostanie kilometry drogi to jazda na południe w stronę Wygryn i Rucianego, aby z tego ostatniego skierować się już na północ, na Wejsuny. Droga wiodła głównie szutrówką, po której jechało się tak sobie, ale nie było jakiejś tragedii. Było kilka podjazdów, ale łagodnych i trochę urozmaicających jazdę. Po drodze minęliśmy kilka malutkich jeziorek, z których najładniejsze to chyba Jezioro Sęczek.

Po 8 godzinach i 42 minutach zjechaliśmy do naszej bazy (zahaczywszy jeszcze po drodze o sklep spożywczy w Wejsunach). Czas efektywny jazdy - 7 godzin i 5 minut, dystans 100,07 km.

Tempo rekreacyjne, nastrój błogi, cały dzień spędzony bardzo przyjemnie. Tereny urocze i atrakcyjne turystycznie, aczkolwiek ruch w zasadzie żaden, jak po sezonie. Z jednej strony może i komfort jazdy w takich warunkach jest większy (nie tyle na szlakach w terenie, co na odcinkach asfaltowych, gdzie ruch samochodowy był również niewielki), ale jakoś dziwnie mimo wszystko. Mam nadzieję, że to się zmieni i więcej osób będzie mogło cieszyć się tymi pięknymi miejscami.
Jeśli ktoś dotrwał do tego mojej relacji to szczerze gratuluję :) i oczywiście serdecznie dziękuję. Może jeszcze kiedyś jakąś popełnię :).
Przy okazji - podziękowania dla Koleżanki Agnieszki za gościnę.
Zdjęcia robione otwieraczem do piwa, więc jakość taka, a nie inna :).
Jeszcze raz dziękuję i do następnego :).
Mariusz
Troszkę tytułem wstępu:
Przygoda teoretycznie nie miała być przygodą, tylko innym miejscem wykonywania pracy zdalnej. Tak, dwa tygodnie tego typu pracy w Warszawie mogło z czasem okazać się nużące (chociaż sama praca zdalna, pomimo tego, że się przed nią wcześniej broniłem rękami i nogami okazała się całkiem znośna, a co najważniejsze bardziej efektywna, niż mi się mogło wydawać).
Na szczęście z rutyny wybawiła nas (tzn. mnie i Dorotkę) Koleżanka z Pracy - Agnieszka. Jej Rodzice jakiś czas temu wybudowali dom na Mazurach i w tym właśnie domu, zlokalizowanym w Wejsunach, kilka kilometrów od Rucianego - Nida zaproponowała nam kontynuację pracy zdalnej.
Pierwszy rzut oka na Mapę i od razu rzuciła się w oczy obecność największego jeziora w Polsce - Jeziora Śniardwy. Szczerze mówiąc, kiedy tylko uświadomiłem sobie że tak blisko mamy aż taką atrakcję - to już wiedziałem, że musimy to objechać :). Oczywiście, wiadomo było, że zwiedzimy niejedno miejsce, ale to miało być danie główne całej wyprawy. W linii prostej mieliśmy do niego zaledwie kilka kilometrów :).
Z takim nastawieniem (i z lekkimi obawami o zasięg, niezbędny do komfortowej pracy zdalnej) spakowaliśmy do samochodu rowery i w sobotę, 25 kwietnia pojechaliśmy do Wejsun. Na miejscu okazało się, że domek, w którym mieliśmy mieszkać to kawał porządnej i bardzo dobrze wyposażonej hacjendy, a zasięg LTE był taki, że można było smażyć jajka bez użycia patelni i kuchenki ;). Jednym słowem wszystko przerosło nasze oczekiwania.

Plan był taki, aby w dni robocze pracować, a czas na tygodniu po pracy (oraz w dni wolne) spędzać na rowerze i zwiedzać okolicę. Tak też czyniliśmy, a w wycieczkach rowerowych niejednokrotnie uczestniczyła nawet nasza Koleżanka Agnieszka (miała w szopie kilka rowerów typu "koza", ale dawała dzielnie radę, a na "kozie" sam regularnie jeździłem do pobliskiego sklepu na zakupy). W ten sposób udało się objechać kawał okolicy, gdyż pogoda dopisała (jeden dzień tylko padało i było zimno). Wycieczek było więc sporo, ale wróćmy do tej najważniejszej.
Dookoła Jeziora
Objazd Jeziora Śniardwy zaplanowaliśmy na piątek, 1 maja. Miało teoretycznie nie padać i temperatura też miała być w sam raz do jazdy.
Ponieważ nie wiadomo było do końca jak będzie wyglądała trasa, ciężko było oszacować czas przejazdu. Podczas wcześniejszych wyjazdów (np. dwa dni wcześniej dookoła Jeziora Nidzkiego) trafiały się piachy, które mocno spowalniały jazdę. W związku z tym na wszelki wypadek zawsze preferuję wcześniejszy start, żeby mieć ewentualny zapas czasu (Dorotka woli raczej dłużej pospać, ale przeważnie udaje mi się Ją przekonać do moich koncepcji ;).
Ustawiliśmy sobie budzik na 7.00 i o 8.23 wyjechaliśmy z Wejsun (nie mam aż takiej pamięci do godzin wyjazdów, ale Strava, przy pomocy której rejestrowałem przejazd już tak :). Kierunek - na początek wschód. Trasę ściągnąłem sobie stąd:
https://rowery.trojmiasto.pl/100owka-dookola-jeziora-Sniardwy-n126078.html
po czym wgrałem sobie plik *.gpx na zainstalowanego w smartfonie Locusa Pro i starałem się jej trzymać, chociaż nie do końca, z uwagi na to, że wcześniej byliśmy w niektórych miejscach blisko nas, więc te akurat tego dnia odpuściliśmy. Należy do nich miejscowość Niedźwiedzi Róg, który swoją drogą polecam do odwiedzenia.
Początkowo było pochmurno i troszkę rześko, ale w miarę żwawa jazda sprawiła, że Dorota zaczęła szybko wyskakiwać z części garderoby. Po drodze mijaliśmy masę żurawi i innego ptactwa, sarny, jelonki, raz się trafił łoś... zwierzęta chyba trochę ośmielone tym, że do niedawna mało kto chodził po lesie. Ale niestety, zanim wymontowałem telefon z uchwytu, aby zrobić im zdjęcie, znikały.
Tego dnia prognozy zapowiadały wiatr południowo - wschodni, wiejący z prędkością 20 - 25 km/h, czyli w pierwszej fazie jazdy miał być to całkiem zdrowy "wmordewind". Na początek trasa wiodła przez las, więc uciążliwość wiatru była mało odczuwalna. Pierwsze kilometry to przyjemna leśna droga, wzdłuż której drzewa dopiero zaczynały się pokrywać świeżą, wiosenną zielenią. Widok niezwykle przyjemny i kojący wzrok, a także bardzo mocno zachęcający do dalszej jazdy.

Po przebyciu lasu dotarliśmy do pierwszego na trasie punktu, w którym można było zobaczyć Jezioro, ale nie Śniardwy, tylko Seksty. Dojechaliśmy do miejsca oznaczonego na mapie mianem "Binduga Młyńska". Było to pole biwakowe, które normalnie tętniłoby życiem (był to w końcu długi weekend), ale jak wiemy, tej wiosny wszystko jest nie tak, jak bywało wcześniej. Z uwagi na obostrzenia w ramach walki z koronawirusem pozamykane były hotele i pensjonaty, więc turystów było niewielu. W tym jednak miejscu były już samochody campingowe i kilka osób próbowało coś z tego weekendu wycisnąć. Koło pomostu cumowała nawet żaglówka.

A my jedziemy dalej. Wykręcamy na południe, gdzie w osadzie o nazwie Kierzek mijamy grób żołnierza z czasów I Wojny Światowej, po czym kierujemy się na miejscowość Karwik, gdzie kilka dni wcześniej oglądaliśmy Śluzę na kanale Jeglińskim. Tym razem ją odpuściliśmy, ale warto zajrzeć.
Kolejne kilometry to już asfalt. Na dodatek wyjeżdżamy na dłużej z lasu i tracimy osłonę w postaci drzew. Wieje mocno w twarz, ale wiemy, że niedługo to się zmieni.
Najpierw dojeżdżamy do międzystanówki (Droga Krajowa nr 63) po to, aby w Sczechach Wielkich skręcić na Zdory. Tam asfalt się skończył i znów jazda po polnej drodze. Trochę piaszczystej, ale do przejechania. Za Zdorami, jadąc w kierunku miejscowości Kwik odbiliśmy na Wysoki Brzeg. Było to jedno z najciekawszych widokowo miejsc na całej trasie. Brzeg tam był rzeczywiście wysoki - kilkumetrowa skarpa, z której spomiędzy drzew rozciągał się piękny widok na całe Jezioro Śniardwy! Koniecznie trzeba tam skręcić.
W normalny długi weekend byłyby tam zapewne tłumy spacerowiczów i wielbicieli grilla. Tym razem byliśmy tylko we dwoje.
Kiedy tam dotarliśmy, zza chmur wyszło Słońce, które już nie chowało się do końca dnia. Idealnie, w samą porę!



Dalej w kierunku Kwika zastaliśmy drogę piaszczystą, przeoraną jak nie gąsienicami, to oponami traktorowymi, po której jazda nie była zbyt przyjemna, a na dodatek ktoś wpadł na pomysł, aby postawić znak ograniczający prędkość do 30 km/h! Wyobrażam sobie zawieszenia osobówek, którymi kierowcy rozpędzają się do prędkości większej, niż 20 km/h :).
Potem znów droga terenowa wzdłuż Jeziora, ale dostęp do brzegu był trudny, bo mocno zarośnięty. Po drodze spotkaliśmy pierwszego turystę na rowerze. To chyba najlepszy obraz pustki, jaka panowała w tej okolicy z uwagi na pandemię.
Po tym odcinku znów czekał nas kawałek asfaltem. Przejechaliśmy przez miejscowość Guty, dość długo się ciągnącą i leżącą przy samym Jeziorze. Po drodze mijaliśmy plaże, ośrodki, ale wszędzie wrażenie, jakby to nie był maj, a późny wrzesień - bardzo mało ludzi. Ale widoki na Jezioro piękne. Przy okazji ciekawie wyglądający hotel, lub pensjonat (zdjęcie poniżej).


Dalej znów asfaltem, aż do najbardziej wysuniętego na wschód punktu Jeziora Śniardwy. Mijamy ten punkt i następuje zmiana kierunku jazdy do kierunku wiejącego wiatru. Robi się cichutko i cieplutko :).

W Okartowie mijamy nieczynny most kolejowy, po czym w Wężewie zjeżdżamy z drogi asfaltowej, najpierw na gorszy asfalt a potem na drogę szutrową, która zamienia się w drogę polną. Droga troszkę faluje, są lekkie podjazdy i zjazdy, całość bardzo przyjemna. Z czasem droga robi się coraz mniej wyraźna, aby przez krótką chwilę zniknąć całkowicie, ale troszkę na azymut, przez jakieś krzaczory udaje się złapać jej dalszy ciąg. Kolejny cel - Siwy Róg. Miejscowość, jak wiele innych, tzw. "poniemieckich" częściowo mocno zapuszczona, ale musi być chyba mekką kitesurfingowców. Kilku było, kilku nawet pływało. Fajny sport. Zrobiliśmy sobie tam krótką przerwę, bo przyjemnie było na to popatrzeć.



Po chwili postoju pojechaliśmy dalej w kierunku zachodnim. Droga wiodła najpierw koło Jeziora Tuchlin jakimś koszmarnym, nie remontowanym chyba od czasów wojny asfaltem a potem przez pola, aby poprowadzić do lasu, w którym po drodze mijamy Rezerwat Czapliniec. Jakieś dwa - trzy kilometry do miejscowości Łukajno to już odcinek rozpadającej się drogi z kamieni, która też pamięta lepsze czasy. Na szczęście oponki terenowe o rozmiarze 29X2.2 dają radę.
W miejscowości można wejść na wieżę widokową, aby móc popatrzeć na rezerwat nad jeziorem o tej samej nazwie. Jest też widok na Śniardwy, ale dojście do niego jest zamknięte (wiedzie przez jakiś nieczynny ze wspomnianych powodów ośrodek). Kiedy wyjeżdżamy, na środku drogi trafiamy na przeciągającego się leniwie koteczka :)


Kolejny cel - Mikołajki. Droga wiedzie znów przez las - bardzo przyjemny odcinek. Potem las się kończy, ale po drodze mijamy pole pokryte mleczami - super widoczki.


Do Mikołajek wjeżdżamy od strony wschodniej bulwarem, który jest jednym wielkim placem budowy. Czasem trzeba przejechać przez masę piasku, czasem przez wysokie krawężniki, ale wygląda na to, że już wkrótce budowa się skończy i miejsce będzie fajnie wyglądało. Ludzi tradycyjnie już garstka, tak samo jak i niewiele żaglówek na nabrzeżu.


Po drodze szukamy miejsca, gdzie można byłoby napić się kawy, Znajdujemy lokal "Bart", gdzie można zamówić wszystko, ale na wynos. Obsługa przeprasza, mówiąc, że chętnie pozwoliliby na wypicie kawy, ale boją się 'życzliwych", którzy z pewnością niezwłocznie doniosą. Zamawiamy dwie kawki na wynos i kierujemy się na drugą stronę zatoki, na miejską plażę w celu wypicia kupionego wcześniej piwa regionalnego (jednego na dwoje :). Na plaży tradycyjnie - jesteśmy jedynymi osobami.


Po wypiciu piwka i posileniu się kanapkami oraz batonami jedziemy zachodnią stroną zatoki w kierunku promu do Wierzby. Planowaliśmy skrócić trasę pokonując cieśninę pomiędzy jeziorami Mikołajskimi i Bełdany promem, który wg informacji zamieszczonej przez władze lokalne ma kursować od pierwszego maja. Jak się na miejscu okazało kursuje owszem, od pierwszego, ale czerwca. Taka ciekawostka, gdyby ktoś się wybierał :)

Brak promu sprawił, że kontynuowaliśmy jazdę wzdłuż Bełdan na południowy zachód. Trasa na szczęście z nawiązką rekompensowała fakt, iż prom nie działał. Wiodła najpierw skarpą nad Jeziorem Bełdany, z której rozciągały się fajne widoki, poprzez Iznotę, gdzie można było popatrzeć na piękną rzekę Krutynię, mekkę kajakarzy. Jednym słowem, nie było powodów do narzekania, że doszło kilkanaście kilometrów. Po drodze mieliśmy jeszcze piękne widoki na Bełdany na jednym z miejsc biwakowych oraz w miejscowości Gąsior.



Ostanie kilometry drogi to jazda na południe w stronę Wygryn i Rucianego, aby z tego ostatniego skierować się już na północ, na Wejsuny. Droga wiodła głównie szutrówką, po której jechało się tak sobie, ale nie było jakiejś tragedii. Było kilka podjazdów, ale łagodnych i trochę urozmaicających jazdę. Po drodze minęliśmy kilka malutkich jeziorek, z których najładniejsze to chyba Jezioro Sęczek.

Po 8 godzinach i 42 minutach zjechaliśmy do naszej bazy (zahaczywszy jeszcze po drodze o sklep spożywczy w Wejsunach). Czas efektywny jazdy - 7 godzin i 5 minut, dystans 100,07 km.

Tempo rekreacyjne, nastrój błogi, cały dzień spędzony bardzo przyjemnie. Tereny urocze i atrakcyjne turystycznie, aczkolwiek ruch w zasadzie żaden, jak po sezonie. Z jednej strony może i komfort jazdy w takich warunkach jest większy (nie tyle na szlakach w terenie, co na odcinkach asfaltowych, gdzie ruch samochodowy był również niewielki), ale jakoś dziwnie mimo wszystko. Mam nadzieję, że to się zmieni i więcej osób będzie mogło cieszyć się tymi pięknymi miejscami.
Jeśli ktoś dotrwał do tego mojej relacji to szczerze gratuluję :) i oczywiście serdecznie dziękuję. Może jeszcze kiedyś jakąś popełnię :).
Przy okazji - podziękowania dla Koleżanki Agnieszki za gościnę.
Zdjęcia robione otwieraczem do piwa, więc jakość taka, a nie inna :).
Jeszcze raz dziękuję i do następnego :).
Mariusz
Maraton Północ - Południe 2019
Czwartek, 26 września 2019
| km: | 973.00 | km teren: | 0.00 |
| czas: | km/h: |
W dniach 14-17 września 2019 roku odbył się Maraton Północ - Południe (MPP), biegnący z Helu do Głodówki koło Zakopanego. Dystans - 950 km, przewyższenia - +8,043 m / -6,926 m. Tyle teoria.
Trasa Maratonu: https://ridewithgps.com/trips/40207884
Ponieważ przejechałem rok temu Bałtyk Bieszczady Tour (BBT), sądziłem, że z tym też nie powinno być większych problemów. Czy te dwie imprezy są porównywalne? Zobaczymy :)
Cecha podstawowa odróżniająca MPP od BBT to samowystarczalność. Na BBT mamy do czynienia z 15 punktami żywieniowymi, na których można również "przyciąć komara", a na tzw. dużych" punktach można też się przepakować i przebrać w ciuchy wysłane wcześniej. Na MPP jest inaczej - organizatorzy żegnają zawodnika na starcie i witają na mecie. Żadnych przepaków, wszystko trzeba zabrać ze sobą. MPP jest miesiąc później, niż BBT - krótszy dzień, gorsza pogoda, trzeba więc zabrać więcej ubrań na każdą ewentualność. Ponadto regulamin zabrania wsparcia w postaci np. noclegów u znajomych (szkoda, mam ich wielu w Kaliszu, będącym w połowie trasy). Ale cóż, startując akceptuję regulamin.

Piątek - dojazd na Hel (Pendolino + Regio, sprawnie i bez opóźnień) w towarzystwie jednego z zawodników, Marcina, więc przyjemnie zleciało. Po drodze w Gdyni poznajemy kilka osób startujących w Maratonie (co dla mnie okazało się kluczowym wydarzeniem na przyszłość). Później spotkałem kilka z tych osób w restauracji, więc było z kim zjeść obiad, chociaż jak się przy okazji nasłuchałem, w jakich imprezach startowali, to można było i w kompleksy wpaść :). Ale cóż, każdy jeździ jak może, kiedy może i gdzie może, ale fajnie jest poznawać takie osoby i posłuchać ich opowieści.

Po południu odbiór skromnego pakietu startowego (numer startowy, naklejka na plecak, który jedzie na metę oraz skarpetki :). Po tym wszystkim, zamiast wypoczywać, poszedłem na długi spacer po plaży. Fajnie było :). Potem kolacja, powrót na kwaterę, ostatnie przygotowania i spać :).


Rano po śniadanku pojechałem pod latarnię morską, miejsce startu. Po zamontowaniu nadajników GPS, o godzinie 9.00 nastąpił start wspólny, tzw. honorowy, gdyż do Jastarni jechaliśmy za policyjnym motocyklem. Za Jastarnią motocykl asystował wprawdzie do Władysławowa, ale można już było jechać swoim tempem.

Peleton zaczął się szybko rwać. Przez pewien krótki czas, do Władysławowa jechaliśmy grupą, która potem się jakoś rozlazła.
Od początku towarzyszył nam dość silny zachodn iwiatr, czyli biorąc pod uwagę nasz kierunek jazdy był to mocny "wmordewind". Za Władysławowem doszły do tego niezłe pagóry, więc za fajnie nie było, ale cóż, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo :). Pierwsza większa ściana - Jezioro Żarnowieckie, jazda w zasadzie na młynku z przodu i blacie z tyłu. Od tego momentu jechałem już w zasadzie sam, czasem kogoś wyprzedziłem, czasem ktoś wyprzedził mnie, jednak większość uczestników była już przede mną. Nic to, dopiero zaczynamy :).
Na początku jechało się całkiem w porządku, aż do jakiegoś 135 kilometra, kiedy na stromym podjeździe łańcuch spadł z tylnej zębatki między kasetę i szprychy. Pierwsze odczucie to wściekłość na serwisantów, gdyż przed startem odebrałem rower z nową kasetą, łańcuchem i przerzutką wymienioną na gwarancji, ale dzień po odebraniu miałem upadek, musiałem skrzywić lekko hak, stąd chyba taka sytuacja. Przy pomocy Kolegów i gwoździa otrzymanego od Tubylca udało się łańcuch wyszarpać, ale niestety ze szprychą.
Przy okazji wielkie dzięki dla Kolegów! Jednemu za to, że wrócił z gwoździem, a drugiemu, że się zatrzymał i pomógł.
Dalej jechałem bez jednej szprychy, koło chodziło na boki, ale dawało radę. Przed Kościerzyną dogoniłem Kolegę, który pomógł mi wyciągać łańcuch, a któremu z kolei złamał się bagażnik na sztycę i wiózł sakwę na kierownicy. Było to mało komfortowe, więc w Kościerzynie (155 km trasy) pojechał szukać w sklepach nowego bagażnika. Chyba nie znalazł, i z tego, co mi wiadomo, wycofał się z dalszej jazdy. Wielka szkoda :(.
Tymczasem jednej z kościerzyńskich pizzerii spotkałem kilku współuczestników, od których dowiedziałem się, że parę osób już zrezygnowało. W sumie mieli prawo - pagóry na Kaszubach i silny wiatr mogły wymęczyć, choć nie spodziewałem się, że tak szybko. Chyba, że przyczyną były awarie, tak jak moja.
Kolejny cel - Nakło nad Notecią, znajdujące się na 300 km trasy. Dotarłem tam o północy. Na stacji Orlen zastałem sporą grupę "naszych", więc przysiadłem się w celu odpoczynku i skonsumowania czegoś ciepłego. Orlen za dużo w tej materii nie oferuje, ale ciepłe kanapki to było już coś. Miła obsługa, zorientowali się, co to za pielgrzymka i nawet donosili nam kanapki do stolików :). Po zjedzeniu, przed wyjściem na powietrze trzeba było się ubrać cieplej - na koszulkę termiczną i koszulkę rowerową doszły rękawki, cienka bluza zimowa z MTB Mazovia i na to przeciwdeszczówka, która chroniła od wiatru. Taki zestaw dawał radę (ponoć w nocy temperatura spadła wg niektórych nawet w okolice 2 stopni).
Około 4 nad ranem zaczął mnie lekko morzyć sen. Znalazłem fajny przystanek - oszklony i z zamykanymi drzwiami. W środku cieplutko, a na siedzeniach spało już dwóch "naszych", więc ja się położyłem na podłodze, ustawiłem budzik na 20 minut i uderzyłem w kimę. Po 20 minutach wstałem i jazda dalej! Senność przeszła, za to zrobiło się mocno rześko. Kieruję się już na Kalisz (500 km trasy). Znów wiaterek nie pomaga :(. W międzyczasie szybki telefon do znalezionego wcześniej miejsca, gdzie zaplanowałem nocleg, rezerwacja i jazda na Słupcę. Niby Wielkopolska, ale też nieźle pofałdowana, do samego Kalisza już nie było jakoś szczególnie płasko. W Kaliszu zakupy jedzenia w Żabce (makaron do zalania wrzątkiem razy 3), prysznic, dwie godziny leżenia (zasnąć nie mogłem z uwagi na hałas, był w końcu dzień), zmiana gaci (oprócz standardowych spodenek rowerowych miałem pod spodem bokserki z wkładką - patent przećwiczony na BBT) i jedziemy dalej. Za Kaliszem znów pagórki, dalej w stronę Złoczewa już łagodniej, ale zaczyna się odcinek ok. 100 km tragicznego asfaltu. Powoli, ale przejechałem, drżąc o tylne, bujające się na boki, pozbawione jednej szprychy koło. Potem asfalt był trochę lepszy, ale znów zaczęły się pagóry - Jura Krakowsko - Częstochowska na kursie. W nocy szybki odpoczynek (20 minut) na przystanku i znów na rower. W międzyczasie spotkałem Znajomego Wojtka i nowych Znajomych Zbyszka i Renatę, z którymi przez jakiś czas jechaliśmy razem, (nawet kimnęliśmy się znów na 20 minut), ale potem się rozdzieliliśmy i znów samotna jazda.


Nad ranem mijam ruiny zamku w Mirowie, robię zakupy w sklepie w Kotowicach i lecę na Ogrodzieniec. Piękne widoki, ale też i mocne podjazdy. Jeden z takich podjazdów wiódł z Olkusza w Dolinki Krakowskie, nagrodą za to był kilkukilometrowy, szybki zjazd do Krzeszowic. Przede mną już poniżej 200 km do mety. Na trasie na przemian długie podjazdy i szybkie zjazdy, ale podobało mi się. Pogoda się znacznie poprawiła, wyszło słońce, zrobiło się ciepło i dookoła ładne widoki.
Aż do 790 km... kiedy strzeliła druga szprycha. Na dodatek resztki tej szprychy zakleszczyły się w kasecie i nie dało się jechać. Siedzę i kombinuję, co dalej, kiedy koło mnie zatrzymuje się jakaś kobieta na rowerze z koszyczkiem na kierownicy, a potem druga, na Wigry :). Bardzo chcą pomóc, ale cóż mogą pomóc... pytam, czy w pobliżu jest serwis, odpowiadają, że nie. Wspomniałem, że przydałyby się kombinerki i... jedna z Pań (ta na Wigry) jedzie do stojącego obok domku znajomego, z którego wraca z kombinerkami! Trochę szarpaniny i wyciągam resztki szprychy z kasety. Koło już całkiem się buja na boki, ale da się jechać!
Wybawicielko Ty moja!
Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że nie zajadę daleko bez dwóch szprych. Dojeżdżam do najbliższego sklepu, robię zakupy, wyciągam telefon i próbuję szukać w internecie jakiegoś serwisu. Niestety, zasięg kiepski, internet w telefonie nie działa! Dzwonię zatem do Kumpla Sławka (znamy się z kilku ultramaratonów) z prośbą, aby mi znalazł jakiś serwis na trasie (jest poniedziałek, ok. 13.00). Znajduje mi taki w Kalwarii Zebrzydowskiej (805 km trasy) i daje mi na niego namiar (dzięki, Sławek!). Dzwonię więc do tego serwisu. Pan mówi wprawdzie, że mają sporo pracy, ale udaje mi się go przekonać do zajęcia się moim rowerem. Jadę więc, bijąc chyba rekordy prędkości na zjazdach po dziurawych drogach, ale co tam! Dojeżdżam do Kalwarii Zebrzydowskiej, znajduję serwis, zostawiam rower w dobrych, jak się potem okazało rękach i idę na obiad do pobliskiej budki z kebabem :). Po obiedzie odbieram rower, płacę 40 zł za wstawienie dwóch i wymianę kolejnych dwóch szprych (były podcięte, czyli gotowe do pęknięcia lada chwila) i wycentrowanie koła. Niedrogo, biorąc pod uwagę, że trzeba było zdjąć kasetę oraz oponę z dętką, (w obręczy latały swobodnie nyple z pękniętych szprych). Po wszystkim biorę się do smarowania łańcucha i... trafiam na rozpadające się ogniwo! Pan Serwisant ratuje mnie spinką i wszystko już wygląda OK (za spinkę 11-rzędową dokładam 2 dychy i dorzucam Panu dychę na browara, za zaangażowanie :). Rower już do końca nie sprawiał problemów. Gorzej z rowerzystą :).
Otóż wjechałem w krainę siarczystych podjazdów, takich od 10 do 17%. Małe wiejskie drogi asfaltowe wiodące na przełęcze, przy wytyczaniu których ktoś chyba nie pomyślał o tym, że można je było poprowadzić zakosami. Wszystkie prowadziły na tzw. "krechę". Ni to jechać, ni to pchać, czasem musiałem się zatrzymać i odpocząć, bo bywało, że tętno czułem już między łopatkami :). Najgorzej było wtedy, kiedy zjazd z takiej przełęczy prowadził po kiepskiej nawierzchni i nie było w związku z tym rekompensaty za ciężki wjazd.
Trochę mi się ta wycieczka zaczęła przeciągać i czekała mnie kolejna noc w trasie. Moja lampka (Solarstorm X6) z podwieszanymi akumulatorami miała wytrzymać nawet 20 godzin na jednym akumulatorze - wytrzymywała mniej, więc na trzecią noc nie miałem za bardzo oświetlenia i musiałem mocować czołówkę do kasku. Światło wprawdzie słabe, ale zawsze. Na dodatek zaczęło padać, na początku słabo, potem coraz mocniej. Ciemno, ślisko, słabe światło - to nie mogło dobrze wróżyć na dalszy ciąg. Tymczasem przede mną przełęcz Krowiarki (koło Babiej Góry). Nie było aż tak stromo, ale dość długo i męcząco. Wykombinowałem, że resztki światła z mocnej lampki zostawię na zjazdy, a czołówka będzie oświetlała podjazdy. Działało, aż się całkiem nie wyczerpał drugi akumulator do Solarstorma. Na szczęście w Zawoi dokupiłem baterie do czołówki, wiedziałem więc, że przynajmniej ona mi nie padnie.
Kolejna noc - najpierw jazda w okolicach Jordanowa i w międzyczasie krótka drzemka na przystanku. Po 20 - minutowej drzemce szybki, bardzo nieprzyjemny zjazd (wyziębiony organizm w zderzeniu z zimnym powietrzem na szybkim zjeździe). Jakoś dojechałem do Rabki, a potem do chyba najgorszego odcinka w czasie całego Maratonu, czyli Rabka - Rdzawka - Zakopianka, gdzie czekał na mnie długi podjazd. Na początku łagodny, potem ostrzejszy a końcówka to już ściana o nachyleniu 20%, ciągnąca się chyba przez wieczność! Udało się jakoś na to wjechać, więc zostały już tylko Szaflary, a potem Gliczarów. Przed Gliczarowem spotkałem dwóch "naszych". Jeden już na początku postanowił odpocząć przed podjazdami, a ja z drugim zaczęliśmy zdobywać najpierw pierwszy podjazd w Gliczarowie Dolnym, a potem... no cóż... słynną "Ścianę Płaczu" w Gliczarowie Górnym zdobywaliśmy stylem "mieszanym". No wepchnęliśmy i już :). Następnie kierunek Bukowina Tatrzańska i... gleba na środku asfaltu kawałek przed rondem. Chciałem popatrzeć na telefon i jakoś tak wyszło... ale chyba miało prawo, bo zmęczenie robi swoje. Najgorzej, że w szczelinach kasku miałem okulary rowerowe (zdjąłem, bo deszcz i mgła sprawiały, że nic przez nie nie widziałem). Jak upadłem, to wypadły z kasku, a ja po kilku km zorientowałem się, że ich nie ma. Trudno się mówi, o powrocie i szukaniu ich po nocy nie było mowy, więc resztką sił skierowałem się ku Głodówce.
O godzinie 5.34 zameldowałem się na mecie, po 68 godzinach i 34 minutach. Medal, uścisk ręki, gorący posiłek, chwilka rozmowy z tymi, co byli w jadalni, potem prysznic i spać! Długo nie pospałem, bo o 9.00 byłem już na nogach.


Okazało się, że nie byłem ostatni :). Miejsce które zająłem wśród tych, którzy ukończyli to raptem 9 od końca, ale... byłem... 52! Aż 32 osoby wycofały się w trakcie Maratonu! Wielka szkoda i wyrazy współczucia, wyobrażam sobie, jak bym sam był wściekły, gdybym musiał się wycofać.
Kolejny problem, to wydostanie się z Głodówki i Podhala w ogóle, bo od września do Zakopanego nie jeżdżą pociągi. I tu mi się przydała nowo zawarta znajomość na Helu! Dwaj Koledzy (Stanisław I Andrzej) jechali do Sierpca. Namówiłem ich na to, aby zajechali przez Warszawę :). Podwózka pod sam dom to naprawdę wielki fuks :). Dzięki, Panowie!

Kiedyś moim marzeniem było przejechanie BBT i udało się. Jednak MPP w porównaniu z BBT mogę określić jednym słowem: rzeźnia! Mam na myśli trasę, która meandruje po Beskidach i Podhalu w poszukiwaniu najbardziej paskudnych podjazdów w okolicy. Do tego chłód nocami, deszcz przez kilka godzin ostatniej nocy, brak punktów żywieniowych (przez jeden odcinek jakichś 100 km nie było po drodze żadnej stacji ani sklepu) - poziom trudności nieporównywalny. Jednak z drugiej strony, gdyby nie ubiegłoroczne BBT, to teraz z pewnością nie przejechałbym MPP, bo nawet bym się na to nie porwał :).
Nie wiem, czy pojadę jeszcze kiedyś, jeśli tak, to będę musiał się chyba lepiej przygotować fizycznie.
Ze Stravy wyszło mi razem 973 km, gdyż trochę błądziłem i dołożyłem drogę do i z serwisu. Nawigowałem przy pomocy Locusa Pro zainstalowanego w smartfonie, ale chyba warto się rozejrzeć za jakąś nawigacją bardziej profesjonalną, bo zdarzało się, że nie spojrzałem w porę na Locusa i przegapiłem kilka skrętów, co kosztowało mnie ładnych parę km dodatkowej jazdy i czasu :).
Gdyby ktoś chciał wystartować to gorąco polecam, bo pomimo trudności to jednak super przygoda! Chętnie coś podpowiem i posłużę radą :)
47 Roztocze Wiosną dzień 2
Niedziela, 23 kwietnia 2017
| km: | 45.20 | km teren: | 0.00 |
| czas: | 02:46 | km/h: | 16.34 |
47 Roztocze Wiosną dzień 1
Sobota, 22 kwietnia 2017
| km: | 72.20 | km teren: | 0.00 |
| czas: | 04:58 | km/h: | 14.54 |
Puszcza K
Sobota, 8 kwietnia 2017
| km: | 61.53 | km teren: | 0.00 |
| czas: | 03:43 | km/h: | 16.56 |
Nortec Mazovia MTB Zima Długosiodło
Wtorek, 14 marca 2017
| km: | 27.56 | km teren: | 0.00 |
| czas: | 01:28 | km/h: | 18.79 |
Nortec Mazovia MTB Zima Mrozy
Niedziela, 26 lutego 2017
| km: | 28.05 | km teren: | 0.00 |
| czas: | 01:44 | km/h: | 16.18 |
Nortec Mazovia MTB Zima Karczew
Niedziela, 5 lutego 2017
| km: | 28.05 | km teren: | 0.00 |
| czas: | 01:54 | km/h: | 14.76 |
Nortec Mazovia MTB Zima Chotomów
Niedziela, 22 stycznia 2017
| km: | 27.01 | km teren: | 0.00 |
| czas: | 01:40 | km/h: | 16.21 |
Biały kruk
Niedziela, 15 stycznia 2017
| km: | 25.54 | km teren: | 0.00 |
| czas: | 02:16 | km/h: | 11.27 |






